Niejednemu udział w wyborach kojarzy się ze sportem. Gdy pada komenda: Na miejsca-Gotów-Start zaczyna się wyścig. Kto pierwszy dobiegnie do mety? Jaki osiągnie wynik? To pytania dręczące przed startem zarówno zawodników jak i kibiców. Kto się lepiej przygotował, kto był w lepszej kondycji, ten wygrywa. Tak jest w sporcie. A jak jest z wyborami? Niby reguły podobne, nikt nie wydał komendy start, a bieg się już rozpoczął.

Dla znawców wyścigów konnych hasło „bomba w górę” ma znaczenie jednoznaczne: zaczyna się wyścig, ale dopiero wówczas, kiedy ta „bomba” będzie już w górze. Do tego momentu wszyscy zawodnicy w boksach startowych oczekują w skupieniu na sygnał startu. Po pełnym trudzie i wysiłku biegu jeździec dobiega do mety. Zwycięzca otrzymuje nagrodę. Jest  radość, feta i … kasa.

A co to ma wspólnego z wyborami samorządowymi?  Czy Państwowa Komisja Wyborcza już ustaliła kalendarz wyborczy? Przecież  nie jest jeszcze ustalona data wyborów. Tak to prawda, PKW jeszcze nic nie ogłosiła (nie licząc tego, że wg PKW RODO uniemożliwia kamerowanie wyborów (sic!)), ale Polska to kraj ludzi, którzy wiedzą lepiej, kiedy i jak zacząć start w biegu o przejęcie/utrzymanie władzy zanim ten bieg zostanie ogłoszony. I nie chodzi tu  wcale o Warszawę…

„Bomba” jeszcze nie poszła w górę, a wzmożenie wyborcze trwa w najlepsze. Warto obserwować, kto już do wyścigu ruszył. Na razie prym w tej grze wiodą włodarze z jednej partii, nazywającej się obywatelską, czy jakoś tam. Reszta przebiera nogami i ściera pot z czoła. Kibicuję tej reszcie licząc, że znajdę tam swojego kandydata.